Fender Stratocaster Artist Series – Johnson vs Mayer

Muzykę obydwu panów zna chyba większość osób parających się grą na gitarze – zdecydowanie nie trzeba ich przedstawiać. Obydwaj najczęściej widywani byli ze stratocasterami, więc biorąc pod uwagę role, jakie odgrywają we współczesnej muzyce, dość oczywistym było, że prędzej czy później doczekają się wersji sygnowanych swoim nazwiskiem.
Na pierwszy rzut oka dość podobne, przy bliższym kontakcie jednak zdecydowanie różne – przyjrzyjmy się bliżej instrumentom sygnowanym nazwiskami dwóch ikon gitarowego rzemiosła.

Dodaj obrazek



Kwestie techniczne


Na pierwszy rzut oka testowane modele różnią się podstrunnicą i kolorem płytki, reszta wygląda dość podobnie. I rzeczywiście - obydwaj Panowie preferują tradycyjne straty z lat 50-tych: 21 progów, regulacja pręta napinającego od strony korpusu, główka, klucze i mostek – wszystko wskazuje na klasykę gatunku. Korpusy w obydwu przypadkach wykonane są z olchy.
Przejdźmy do różnic. Od koloru począwszy (mimo iż obydwa to sunburst, Mayer jest określany jako 3-Tone, a Johnson – 2-Tone sunburst), znajdziemy ich naprawdę sporo. Stratocaster sygnowany przez Johnsona wyposażony jest w klonową podstrunnicę, w modelu Mayera użyto afrykańskiego palisandru. Gryfy różnią się kompletnie – wspomnianymi podstrunnicami, profilami, radiusami i progami – grube C z radiusem 9,5 u Mayera, soft V i radius 12 u Johnsona. Progi – kolejno Narrow Jumbo i Medium Jumbo. Pickupy w obydwu przypadkach zostały specjalnie zaprojektowane do tych modeli i poza nimi nigdzie indziej nie występują.
Co ciekawe, obydwa stratocastery nie posiadają płytki maskującej sprężyny – ba, nie znajdziemy nawet wywierconych dziur pozwalających na jej montaż. Mosty i ilość sprężyn (jest ich sporo, bo aż 5) są takie same, instrument sygnowany nazwiskiem Mayera nie posiada natomiast w komplecie ramienia tremolo. Skoro już jesteśmy przy kwestiach wyposażenia warto wspomnieć, że do stratocastera Erica producent dodaje osłonę na most, czyli popularną "popielniczkę".

Dodaj obrazek

Klucze na pierwszy rzut oka wyglądają podobnie, natomiast stratocaster Johnsona wyposażony jest w wersję „staggered”- kołki strun wiolinowych są niższe od basowych. Wiąże się to z brakiem, no i tu znów „francuskie” określenie – „string tree”, czyli śrubki dociskającej struny. W instrumencie sygnowanym przez Mayera, ów śrubka – docisk występuje, natomiast jest przesunięta, względem ogólnie przyjętych w stratach standardów, w stronę górnej części główki.

Dodaj obrazek


Sygnatura Johnsona sprzedawana jest z naprawdę świetnie wyglądającym beżowym futerałem (nie jest to popularny tweed), sygnatura Mayera z... gig bagiem. Na fotkach w katalogach wygląda to, nie ukrywajmy - mało solidnie. Co innego na żywo – nigdy nie widziałem takiego „miękkiego pokrowca”, bo w sumie ciężko to nazwać pokrowcem. Jest to prawdziwy T-34 w tej kategorii. Ma grubość ok. 2 zwykłych futerałów, jest solidnie wzmacniany, sztywny, a przy tym niesamowicie lekki.
Ostatnią zauważalną różnicą jest kwestia umieszczenia samej sygnatury - podpis Mayera znajdziemy z tyłu główki, logo Johnsona na metalowej płytce w miejscu łączenia gryfu z korpusem.
Od strony obsługi i konserwacji obydwu instrumentów, zwrócić trzeba przede wszystkim uwagę na brak możliwości regulacji krzywizny gryfu bez jego demontażu. Jak dla mnie bardzo niepraktyczne rozwiązanie – klasyka klasyką, ale wystarczyłby niewielki frez w korpusie i sprawa wyglądałaby dużo prościej.


Wrażenia z gry


Garść danych technicznych podana powyżej chyba nie do końca oddaje, jak różnią się obydwie gitary. Mamy tu do czynienia z zupełnie odmiennymi wyznacznikami komfortu.
Gryf sygnatury Mayera jest bardzo wygodny – profil przypadł mi do gustu dużo bardziej niż klasyczne modern C. Wysokie progi są tutaj również strzałem w 10-tkę. W pełni usatysfakcjonowani powinni być też fani gry z przewieszonym kciukiem – w moim małym rankingu stratocasterowych gryfów, mayer przegrywa w tej kategorii tylko z sygnaturą SRV (profil U i radius 12).
Pozytywnie zaskoczył mnie też strat Johnsona – o ile radius 12, który bardzo mi pasuje, wyglądał bardzo zachęcająco na papierze, obawiałem się profilu V, którego generalnie nie znoszę. Jak się okazało - zupełnie niesłusznie. „Soft V”, to zupełnie inna bajka niż klasyczne V, poza tym świetnie pasuje z radiusem 12. Pozytywnie zaskoczony, nie znaczy - w pełni usatysfakcjonowany. Myślę, że gryf sygnatury Johnsona, może przypaść do gustu wielu osobom, jednakże mi osobiście bardziej pasuje gryf Mayera. Jest szerszy, lepiej dopasowany, no i do tego zaopatrzony w wysokie i masywne progi.

Brzmienie

Chyba ciężko znaleźć tu jakiś wspólny mianownik - zupełnie różne gitary. Jedynym podobieństwem jest chyba poziom szumów, który w obydwu przypadkach był praktycznie niezauważalny. Instrumenty testowałem na początku na zestawie Bogner Ubershall i Marshall Basketweave, potem jednak zdecydowałem się na klasykę gatunku - combo Fender Deluxe Reverb z połowy lat 70-tych.

Dodaj obrazek

Strat Mayera brzmi grubo, gładko z wyeksponowanym środkiem i sporą ilością basu. Nie jest krzykliwy, szklanka nie kłuje w uszy wysokimi częstotliwościami. Dźwięk jest dość stonowany, ciepły. Jeśli ktoś szuka ostrzejszego brzmienia z ładnym „dzwonkiem”w górze pasma - raczej nie jest to instrument dla niego - powinien się zainteresować drugim z opisywanych instrumentów.
Sygnatura Johnsona brzmi zdecydowanie bardziej klasycznie – jasno, bardzo klarownie. Basu i dolnego środka jest stosunkowo niewiele. Przeważa górny środek i góra. Instrument świetnie sprawdza się w dynamicznych funkowych zagrywkach i grze solowej. Osobiście brakowało mi jednak trochę masywności – jak na mój gust, było trochę za delikatnie.
Mimo hołdowania zupełnie odmiennym koncepcjom brzmienia, pickupy w obydwu przypadkach brzmią bardzo szlachetnie i detalicznie. Wspomniany niski poziom szumów połączony jest niestety w obydwu przypadkach z pewnym spadkiem dynamiki, która mimo wszystko bardziej dawała się we znaki w sygnaturze Johnsona.
Wg. zapewnień producenta, sygnatura Erica Johnsona wyposażona jest w siodełko z kości, a korpus pomalowany jest cieńszą warstwą lakieru, żeby poprawić wybrzmiewanie instrumentu. Cóż – jak dla mnie, mimo tych bonusów, instrument ten brzmiał jednak gorzej „z dechy” niż strat sygnowany przez Mayera.


Dodaj obrazek

Podsumowanie

Osobiście znacznie bardziej przypadła mi do gustu sygnatura Johna Mayera – brzmiała cieplej, grubiej i pełniej w rozłożonych akordach, do tego przewyższała drugi z testowanych instrumentów komfortem gry. Lepsza dla mnie, nie znaczy, że wszystkim spodoba się bardziej - kwestie manualne są rzeczą indywidualną podobnie zresztą jak preferencje brzmieniowe.